Czy to polityczne podziały rujnują nasze stosunki międzyludzkie?

Tekst zainspirowany pytaniami i spostrzeżeniami Miry Suchodolskiej.

Nie wiem, czy akurat w tym tkwi problem. One je rujnują, oczywiście, ale to – moim zdaniem – jest wtórne. I dzieje się tak od ’89. Żadna kolejna władza nie zrobiła niczego, żebyśmy się „obywatelsko” rozwijali. A jeśli - to w drugą stronę. Część osób uważała, że obaliła komunizm i teraz może usiąść i kontemplować. Część nasłuchała się o indywidualizmie, przedsiębiorczości itp. i poszła się „odsolidaryzować”. Sprawujący władzę nie mieli zapotrzebowania na partnerów, bo przecież to już była ta „ludzka władza”.



Czas mijał… nikt nie mówił ludziom, że pielęgniarki powinny solidaryzować się ze strajkującymi pracownikami supermarketów. A pracownicy sądów z innymi…kolejarzami. Bo wszyscy chcą lepiej żyć.

Różnice w poziomie życia robiły się coraz większe. I frustracja, z tego wynikająca – też.
Naród wychowują elity. Skoro elity swobodnie obrzucają się błotem na wizji, to my też możemy. Dobro wspólne? To za komuny było. A my lubimy się huśtać przy okazji zakrętów dziejowych. Przy ekstremalnych wychyłach. Jak komuna była zła – to ze wszystkim.
Postkomuna, gorszy sort, zdrajcy, ubecy, kodziarze, sprzedawczyki, Targowica i co tam jeszcze…
To już było.

„Pokolenie A89
My, urodzeni przed 89 jesteśmy postkomuną.
My, wykształceni przed 89 jesteśmy wychowankami komunistycznego systemu.
Nas, pracujących przed 89 karmiła Polska Ludowa.
My, pracując przed 89 wspólną pracą budowaliśmy socjalizm.
My, urodzeni przed 89 budowaliśmy 1000 szkół na 1000-lecie.
My, urodzeni przed 89 nie potrzebowaliśmy monitoringu, żeby rozumieć wspólne dobro.
My, urodzeni przed 89 jesteśmy gorszym sortem w ustach urodzonego w 49.”

Kiedy dzisiaj słyszę w ustach młodych ludzi, że władza została demokratycznie wybrana, więc trzeba jej bez protestów pozwolić rządzić do kolejnych wyborów - włos mi się jeży.
Czy to, dlatego nikt lub nieliczni przychodzą na jakiekolwiek tzw. konsultacje społeczne? Bo nikt ich nie uczył, że protest i dyskusja są wpisane w demokrację? Że to jest ich istota i tym właśnie różni się od systemów totalitarnych, w których żadnej dyskusji z władzą się nie przewiduje. Że można jednocześnie szanować władzę i protestować przeciwko jej decyzjom.
Tak zwane konsultacje, bo one same w sobie mają na ogół czysto fasadowy charakter. I przecież władza została wybrana demokratycznie, to trzeba pozwolić jej robić swoje. Cokolwiek by to było.

„Jednomandatowe okręgi wyborcze w mniejszych gminach to sprawa bardzo wątpliwa z punktu widzenia demokracji” mówił Prezes na konwencji Zjednoczonej Prawicy . Mówił też, że: „należy wziąć pod uwagę możliwość powoływania dwóch komisji wyborczych: do prowadzenia głosowania i do liczenia głosów”.

PiS wygrał z takim wynikiem nie dla samego siebie. A w każdym razie nie tylko. Wygrał też, dlatego, że ludzie mieli dosyć PO. Część ludzi zapewne cieszy się ze zmian. Nie, żeby sami mieli znaleźć pracę w urzędach. Ale dlatego, że ktoś inny ją straci. Też z nadania partyjnego.

Zmiany w Trybunale Konstytucyjnym, w ustroju sądów? Ale, o co chodzi? Nikomu nie zależy na edukowaniu społeczeństwa, bo się takim trudniej rządzi. Zamiast rzeczowej dyskusji, mamy festiwal wyzwisk. Jak kupię koszulkę z orłem, to będę „lepszą” patriotką? Jak pójdę na protest, to zasługuję na to, żeby mi ogolić głowę? Do tego politycy sprowadzili dyskurs publiczny. Trzeba przyznać – przy wydatnym udziale mediów. Nikt nie rozmawia o konkretach.
Bo dzisiaj w Polsce partie nie potrzebują zwolenników. One potrzebują wyznawców.
Bo z wiarą się nie dyskutuje, ją się po prostu wyznaje.
Trwa ładowanie komentarzy...